Yantai 2007

Posted by admin on Sep 25, 2008 in Uncategorized |

Losy tegorocznego wyjazdu do Yantai, dla niektórych z nas, ważyły się do ostatniej chwili. Jednak ostatecznie szala przechyliła się na stronę Yantai, gdzie po męczącym 10 godzinnym locie spoczęły nasze stopy. Część naszej ”wyprawy”, która była tu już wcześniej w pierwszym momencie zatopiła się w wytęsknionych, urzekających, tamtejszych zapachach. Pozostali dopiero po powrocie do Polski zrozumieją, że od teraz czegoś, już  zawsze im będzie brakowało.  Pierwsze nasze obserwacje tamtejszego życia wykazały, że nie opłaca się sprzątać ulic, ponieważ nad resztkami warzyw i innego jedzenia i tak w końcu przejmie jedyną słuszną władzę życie po życiu, produkując intensywny obezwładniający zapach. Intensywność zapachu Chińskich miastach, jest mocnym przeżyciem i uzależnia do końca życia.

Yantai 2007

Na lotnisku przyjęto nas miło. Tego samego dnia wieczorem zostaliśmy zaproszeni na powitalną kolację. Ci z nas, którzy nie byli wcześniej w Yantai, mieli okazję tego wieczoru poznać Uncle master, “wujka”, jak o nim wszyscy mówią. Wujek jest bratem zmarłego w  2004r  mistrza Yu Tianchenga. Po śmierci mistrza, wujek powrócił do ćwiaczenia i wraz z kilkoma starszymi uczniami założyli szkołę. Szkołę -Wu guan odwiedzaliśmy codziennie, tam też ćwiczyliśmy. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam szkołę sprawiła na mnie pozytywne wrażenie, wprawdzie nie grzeszyła przestrzenią, ale wystój i wyposażenie wyrażało skupienie na kung fu.Szkoła zajmuje drugie piętro dwupiętrowego budynku, w dzielnicy o intensywnym zapachu. A kiedy na pierwszym treningu prezentowaliśmy  formy, na przemian z uczniami wujka, elastyczność i szybkość chińskich braci robiła wrażenie, a zwłaszcza kiedy formy  ćwiczyły dzieci. Tradycyjne kung fu jakie prezentował Yu Tiancheng jest stylem bycia i podejściem do rzeczywistości,któremu poświęca się całe życie.

Szkoła wujka jest nowoczesna, odpowiada na potrzeby współczesnego chińskiego adepta sztuk walki. Chińczycy są pragmatyczni i cenią sobie korzyści jakie daje ćwiczenie Wu Shu. Kiedy ćwiczyliśmy w zwykły dla nas sposób, dla młodszych uczniów szkoły, była to nowość.

Przyjaciele Marka związani od lat z rodziną kung fu, przyjęli i nas do kręgu swych

znajomych, w ich towarzystwie czuliśmy się naprawdę bardzo dobrze. Ich otwartość sprawiła,  że mieliśmy okazję choć częściowo zasmakować Chińskiej codzienności. Smakowanie jej dostarczyło nam mocnych wrażeń, gdyż łączyło się również ze spożywaniem stworzeń jeszcze żyjących, co dla pospolitych schabożerców było mocnym przeżyciem.

Pobyt w Yantai był, jak całkowite zapadnięcie się w odrębną czasoprzestrzeń. Wszystkie zmysły nieustannie atakowane były odmiennością.

Nasze oczy raziło niewidzialne słońce, węch porażały zapachy “nowego” życia w Yanatiskich ulicach a  nasze języki były na przemian palone ostrymi przyprawami i perfumowane wszechobecną kolendrą. W tym regionie dodawanie do potraw świeżej kolendry było powszechne,( w Pekinie już tego nie zaobserwowaliśmy)  jednak dla nas jej smak był na tyle natrętny, że ochrzciliśmy  ją cholędra.  Rozproszona wilgoć tworzyła nad okolicą nieznośnie jasny klosz, przy czym słońca i nieba  nie było widać w ogóle, klosz powodował brak jakiegokolwiek cienia,  do czego w końcu przywykliśmy. Jednak codzienne życie w takich warunkach zmusza chińczyków  do korzystania z parasoli przeciwsłonecznych, i to nie tylko w przypadku kobiet. Przeciwsłoneczna wynalazczość zaowocowała niezwykłej urody osłonkami twarzy, które upodobały sobie Yantaiskie

rowerzystki- ten tęczowy kawałek plastikowej folii, całkowicie zakrywający twarz, zmieniał rowerzystki w jeźdźców bez twarzy. Ruch miejski w Chińskich miastach jest dla europejczyka jak zorza polarna dla afrykańczyka. Pierwszym prawem chińskiego ruchu ulicznego jest chaos, drugim – słabszy jest zawsze winny. Więc potrącony przez samochód rowerzysta jest winny uszkodzeń samochodu. Poza tym prawa fizyki znane w naszej części wszechświata na Yantaiskich ulicach nie obowiązywały,bo choć chaos panował, nie powodowało to o dziwo żadnych kolizji, przynajmniej naszym oczom się one nie objawiły. Ta zagadka zadziwiała nas nieustannie, ponieważ codziennie wtapialiśmy się w nurt chaotycznych wód miejskiej komunikacji. O ile łączyliśmy się ze zmotoryzowaną częścią nurtu – podróżując taksówkami, radośnie się temu przyglądaliśmy – chińskim mutacjom zachodnich marek samochodów,  wsłuchiwaliśmy się w  kakofonię klaksonów. O tyle, gdy stawaliśmy po stronie pieszej części ruchu ulicznego, przejście przez sześciopasmową ulicę stanowiło już niemałe wyzwanie. Za każdym razem z trwogą spoglądaliśmy po sobie licząc się nawzajem, czy aby nikogo nie brakuje. I choć technika oznakowania ulicznego, w porównaniu z naszą jest futurystyczna, sygnalizacja świetlna odlicza sekundy do zapalenia się następnego świata, o tyle to, przyszłościowe rozwiązanie, nas nie uspokajało. W końcu przechodzenie ulicy stało się naszym sportem. Sportem ekstremalnym. Yantaiskie kulinaria i ruch uliczny utwierdziły nas w przekonaniu, że pod pewnymi względami Chińczycy są bezlitośni.

Miasto oferowało niebywałe widoki, dla nas zwłaszcza fascynujące były ekstremalne kontrasty. Przechadzaliśmy się po nadbrzeżnej, współczesnej promenadzie zaprojektowanej z rozmachem,  wyczuciem i ze szczególną uwagą by służyła ludziom. A zaglądając do uliczki tuż obok zobaczyliśmy ciasne i malutkie sklepy oferujące od wszystkiego po wszystko, w których ustawione w kącie niezasłane łóżko, dawało do zrozumienia, że dla sprzedawcy to miejsce jest też domem. Wielopiętrowe domy towarowe sąsiadowały z ulicami targowymi, gdzie niesprzedana żywność nieustannie zamieniała się w nowe życie. Nowoczesne wille usytuowane na zboczach gór z widokiem na morze jak i wielopiętrowe nowoczesne wieżowce obok betonowych wielorodzinnych ruder. Jednak kiedy przyglądaliśmy się ludziom, nie wydawało się, żeby rzeczywistość w której żyją ich przygnębiała. W porównaniu z naszą narodową kondycją psychiczną Yantaiczycy tryskali dobrym humorem i życiowym optymizmem. Na ulicach nie zauważało się pośpiechu, a ludzie byli wyluzowani. Chińczyków nie krępuję regulacja ich fizjologicznych potrzeb, co naszą uwagę zwracało i niejednokrotnie bawiło. Za to Chińczyków nieustannie fascynowała nasza fizjologia.  Tak więc długotrwałe wpatrywanie się w nas, niektórzy przypłacili lub utratą równowagi, lub wpadnięciem w objięcia innego przechodnia. Siedząc w restauracji za wielką szybą czuliśmy się jak eksponaty w terrarium, niektórych przechodniów widzieliśmy kilkakrotnie.  I kto tu kogo obserwował?

Przyjezdni mogą zaobserwować dwie wielkie pasje Chińczyków,

z obu pasji w równym stopniu można czerpać korzyści.  Pierwszą z ich pasji jest jedzenie.Tak więc w określonych porach dnia miasto zamienia się w olbrzymią dymiącą jadłodajnie. Każdy skrawek chodnika zajmują przenośne grille i kuchnie. Wieczorami wszędzie rozstawiane są plastikowe siedziska, oświetlone porozwieszanymi na chaotycznie wijących się drutach żarówkami. Z nad palenisk unosi się zapach opiekanych szaszłyków z baraniny, ośmiornic, owoców morza, jedwabników….Masa jedzenie i smaczne Yantaiskie piwo, było tym czym mogliśmy się raczyć bez końca. Drugą pasją chińczyków jest bogacenie się, której to przyjemności im się nie wzbrania. Tak więc na miejscowym bazarku można się zaopatrzyć w odzienie marki abibas, nice i innych światowych marek. Można wzbogacić swą kolekcję kina domowego o nieautoryzowaną składankę najnowszych oskarowych filmów z dodatkiem gratis- filmów akcji z Honkkongskiej produkcji lat 80-tych, jak też i inne kolorowe przedmioty do jakichkolwiek zastosowań. Chińczycy na ogół prezentowali optymistyczne podejście do rzeczywistości więc nawet targowanie się było czynnością przyjemną. Choć tylko w Pekinie odbywało się to w języku znanym obu targującym się stronom. W Yentai w ruch szedł długopis i notatnik i prastare pismo obrazkowe rozumiane przez wszystkie kultury świata.

Powracając do głównego celu naszej wyprawy, z Chin przyjechaliśmy bogatsi o kilka znaczących spostrzeżeń. Ci z nas, którzy nie mieli tam przyjaciół, poczuli się przyjęci w taki sposób, jakbyśmy się z nimi znali od lat, co było bardzo miłe.

Przywieźliśmy też do Polski nowe formy. Żeńska część grupy przywiozła formy z bronią podwójną- podwójny miecz, podwójne haki i podwójna szabla. Męska część wyprawy była uczona nowej formy z notatek. Ile nam się udało z tej nauki zapamiętać zweryfikuje nagranie, które sporządzaliśmy. Formy z podwójną bronią wizualnie są bardzo efektowne, przydatne w rozwijaniu koordynacji i siły ścięgien. Praktycznym zastosowaniem tych form jest prezentacja ich na zawodach. Szkoła wujka wybrała jedną z dróg, jak można w Yantai praktykować kung fu po śmierci mistrza Yu, ale nie jest jedyną z nich.

W dzisiejszych czasach możliwości podróżowania i zwiedzania świat nie są dla nas tak ograniczone jak kiedyś.  Jednak zobaczenie takiego Yantai jakim my go zobaczyliśmy było możliwe tylko dzięki temu, że pojechaliśmy tam razem z naszym trenerem Markiem, że pojechaliśmy tam ćwiczyć kung fu.

Share and Enjoy:
  • Print
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • email
  • Flaker
  • Fleck
  • Grono
  • MySpace
  • PDF
  • Polec.pl
  • RSS
  • Spis.pl
  • Twitter
  • Wahacz.pl
  • Wyczaj.to
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks

1 Comment

imran
Mar 21, 2009 at 6:32 pm

Dear Sir/Madam
We would like to introduce our company as a leading manufacturers and exporter of martial arts uniform like Judo, Karate, Kung Fu, Ninja, Kendo Suits, Boxing Gloves, Boxing Shoes, Shin Pad, shorts, and complete range of martial arts accessories. You may also visit our website for some detail:-

http://www.caratsports.com

If you have any inquiries about martial arts and sports wear, please contact with us. We will provide you our very comfortable prices according your demand.

Awaiting your good news

Best regards,

imran sheikh

carat sports

sialkot pakistan

info@caratsports.com

caratsport@yahoo.com


 

Reply

Copyright © 2010 Akademia Kung Fu Modliszki. All Rights Reserved.
Theme design by the developers of Free eCards | Based on Laptop Geek.